Austriacy mawiają, że turystyczny biznes zbudowali na śniegu i alpejskich stokach

Austria zajmuje ponad jedną czwartą terytorium Polski (83.858 km kw.), z czego 63 proc. przypada na Alpy. Najwyzszym wzniesieniem jest Grossglockner 3797 m n.p.m. Najwięcej ludności spośród ponad 8 milionów mieszka wzdluż Dunaju (350 km) lub na bardziej nizinnym wschodzie kraju. Austria (podobnie jak Niemcy) sklada się z landów federalnych (jest ich 9). Co dziesiąty obywatel Austrii jest obcokrajowcem – z przewagą ludzi pochodzących z dawnej Jugoslawii. Dominującą religią jest chrześcijaństwo - katolicyzm (85 proc.) i protestantyzm (6 proc.).

Prezydentem Austrii jest (od 1992 r.) Thomas Klestil, kanclerzem (od 2000 r.) – Wolfgang Schuessel. Panorama polityczna nad Dunajem jest dość klarowna. Największe partie polityczne to: Socjaldemokratyczna Partia Austrii (SPOe), Austriacka Partia Ludowa (OeVP), Wolnościowa Partia Austrii (FPOe), Zieloni, Komunistyczna Partia Austrii (KPOe), Forum Liberalne (LiF).

 

Walutą jest euro, które zastąpilo szylinga. Gospodarka austriacka w 65 proc. opiera się na uslugach, gros euro daje turystyka. W 2002 r. odwiedzilo Austrię 18 mln turystów, którzy zostawili 11,5 mld dolarów amerykańskich. Podobnie było w poprzednich latach. Austriacy lubią powtarzać, że turystyczny biznes zbudowali na śniegu i alpejskich stokach. Ale także poza sezonem narciarskim kuszą przybyszów wieloma atrakcjami. Poza ośnieżonymi górami największą silę przyciągania ma Wiedeń. W wielu miejscach można tam odnieść wrażenie, że cesarsko-królewskie czasy wcale nie przeminęly. Spod katedry św. Stefana, która – jak pisal Kraszewski – „króluje Wiedniowi jak kopula św. Piotra w Rzymie” można wyruszyć dorożką po uliczkach i wśród dworskich zabudowań i palaców z latwością się przenieść w czasy Franciszka Józefa. Z podróży do przeszlości może jednak wyrwać telefon komórkowy... To ubrani w stroje z epoki wiedeńscy dorożkarze (Fiaker) umawiają się na kolejny kurs.

Choć Wiedeń nazywany jest miastem Straussa, na każdym kroku można tam zobaczyć wizerunek Mozarta. Wolfgang Amadeusz uwieczniony zostal na pomnikach, fasadach trzynastu domów, w których mieszkal, na apaszkach, parasolach i czekoladkach.

Jego rodzinne miasto, Salzburg, ukochali natomiast melomani z calego świata. Przyjeżdżają tam nie tylko ze względu na Mozarta, ale także na przepiękną, malowniczą okolicę. Stalym gościem nad jeziorem Wolfgangsee był przez lata Helmut Kohl.

Za najbardziej sloneczny region Austrii uważana jest slynąca z cieplych źródel Karyntia. Styria (na granicy ze Slowenią i Węgrami) jako magnez reklamowy wykorzystuje nazwisko gubernatora Kalifornii, Arnolda Schwarzeneggera. Austriacki terminator przekonuje, że „jedynie w górach nabiera sil i chęci do życia”. Reszty dopelniają popularne w calym kraju potrawy mączne (wplyw Czechów z okresu imperialnego?)

 

Znawcy Austrii cenią sobie bardzo wysoko także Graz, drugie co do wielkości miasto Austrii. W ubieglym roku był Graz kulturową stolicą kraju. Jednym z symboli miasta jest wieża zegarowa z odwrotnie zamontowanymi wskazówkami zegara. Do dziś nie wiadomo, czy ówcześni rzemieślnicy (w 1712 r.) potraktowali to jako żart, czy był to ich blad w sztuce. Dziś już nikt nie odważylby się go poprawiać. Tak jak Wiedeń szczyci się rodziną cesarską, Straussem czy Freudem, Graz „dorzuca” swoje nazwiska: psychoanalityka Otto Grossa, jego ojca Hansa – twórcy wspólczesnej kryminalistyki czy fotograficzki Inge Morath. Ta ostatnia była żoną Arthura Millera. Ich córka, Rebecca, poszla w ślady ojca i odgrywa coraz poważniejszą rolę w nowojorskim świecie literackim.

Innego „bohatera” ma od kilku lat Tyrol, region podzielony od 1919 r. między Austrię i Wlochy. Kilka lat temu na lodowcu w obszarze przygranicznym znaleziono zwloki zmumifikowanego czlowieka epoki przedlodowcowej. Do dzis trwają jednak spory, czy Oetzi był Austriakiem czy Wlochem...

 

Na austriackich stokach można uslyszeć prawie wszystkie języki europejskie, ostatnio też coraz częściej polski. Naplywowi turystów nie przeszkodzila – wbrew przewidywaniom – nawet dyplomatyczna izolacja Wiednia. Na początku 1998 r. rządy państw Unii Europejskiej zdecydowaly się na sankcje wobec Austrii. Miał to być protest Europy wobec powstaniu egzotycznej koalicji – chadecy postanowili rządzić wraz z populistami z Wolnościowej Partii Austrii (FPOe). Najbardziej kontrowersyjna była nawet nie tyle sama partia, ile jej przywódca Joerg Haider. Dopóty dopóki jego rządy ograniczaly się do Karyncji, traktowano jego ksenofobiczne i nacjonalistyczne wystąpienia jako folklor polityczny. Gdy nagle znalazl się na salonach Wiednia, zagraniczni politycy zaczęli masowo odwolywać zaplanowane wcześniej wizyty nad Dunajem. Szerokim lukiem nie omijali jednak Wiednia biznesmeni. Mimo szumu w mediach wplyw unijnych sankcji na gospodarkę Austrii okazal się znikomy.

 

Kanclerz Wolfgang Schuessel i jego energiczna pani minister spraw zagranicznych Benita Ferrero-Waldner nie przegapiali żadnej okazji, by podkreślać, że – mimo tej dziwnej koalicji - proeuropejska polityka Wiednia się nie zmienia i Austria będzie dążyla do dalszej liberalizacji przepisów gospodarczych.  Mieli rację – proinwestycyjna polityka rządu się oplacila: do Austrii przeniosly część swej dzialalności m.in. takie firmy jak BMW, Philips  i MAN.

 

Jak jednak zgodnie powtarza się nad Dunajem, austriacka lokomotywa gospodarcza swoje tempo zawdzięcza glównie przystąpieniu Austrii do Unii Europejskiej. Dostęp do europejskiego rynku wewnętrznego wplynąl na ożywienie eksportu i sprawil, że potencjalni inwestorzy przychylniejszym okiem zaczęli spoglądać na Austrię. Po wejściu do UE w 1995 r. Wiedeń stal się też środkowoeuropejską centralą wielu międzynarodowych koncernów (np. Siemens, Coca-Cola).

 

Osobliwością austriacką pozostaje przywiązanie (przez niektórych nazywane obsesją) do tytulów. Uslyszeć je można nawet w glośnikach tramwajowych czy w metrze, gdy zapowiadane są kolejne ulice poświęcone licznym w tym kraju doktorom czy magistrom. Tytulomania sięga daleko. W księgarni nie wystarczy poprosić o sprzedawczynię, tam trzeba się zwrócić do „pani magister”...

 

Maria Graczyk

 

(2004 r.)

 

Więcej na stronie Wieden.tel (www.wieden.tel)

 


Unijne zrzeszenia

W Unii działają następujące zrzeszenia związków zawodowych:

• Europejska Konfederacja Związków Zawodowych
Została utworzona w 1973 roku. Należą do niej zarówno krajowe centrale związkowe, jak i europejskie związki branżowe. Obecnie do Konfederacji należy ok. 60 mln związkowców. Odgrywa ona istotną rolę w dialogu społecznym z organizacjami pracodawców oraz instytucjami Unii i w kształtowaniu ich opinii o związkowych potrzebach.
• Komitet Rolniczych Organizacji Zawodowych
Skupia zawodowe organizacje rolników i ma duży wpływ na kształt i realizację Wspólnej Polityki Rolnej.
• Europejski Sekretariat Wolnych Zawodów
Działa od 1974 roku. Skupia dziesięć związków branżowych, reprezentuje interesy kadry kierowniczej średniego i wyższego szczebla wobec unijnych instytucji. Zajmuje się przede wszystkim podnoszeniem kwalifikacji kadry zarządzającej.

RG
20.09.2005




 

mg


Unijny czas pracy

Czas pracy podlega w Unii Europejskiej kontroli i nie może przekraczać 48 godzin tygodniowo liczonych wraz z godzinami nadliczbowymi.


W praktyce tygodniowy czas pracy w poszczególnych państwach „starej Unii” jest krótszy i wynosi od 35 godzin we Francji i 35,5 godz. w Holandii do 40,6 godz. w Wielkiej Brytanii.

W przypadku kobiet czas pracy jest krótszy. Praca nocna nie może przekraczać ośmiu godzin na dobę. Gdy dzień pracy jest dłuższy, niż 6 godzin, pracownikowi przysługuje przerwa. Pracownik ma prawo do corocznego, płatnego urlopu w wymiarze co najmniej czterech tygodni. Urlopu nie można zastąpić świadczeniami pieniężnymi, z wyjątkiem przypadku rozwiązania stosunku pracy.

Pracownicy obu płci (a więc także ojcowie) mają prawo do co najmniej trzymiesięcznego urlopu rodzicielskiego z okazji urodzin lub adopcji dziecka.

RG
20.09.2005




 

mg


Ostrożnie

Portugalczycy dopiero kilka lat temu zaczęli na serio inwestować w Polsce. Biznesmeni znad Tagu są zazwyczaj nieufni, ostrożni, często oglądają się na innych.


Portugalia zainwestowała w Polsce ponad 400 mln dolarów, co daje jej dwudzieste miejsce na liście największych inwestorów w naszym kraju. Główni portugalscy inwestorzy to Jeronimo Martins Holding (sieć supermarketów), Banco Espirito Santo (udziały w Kredyt Banku S. A. w Warszawie), Banco Comercial Portugues (udziały w Millenium Big Banku), Mota Companhia S.A. (udziały w Krakowskim przedsiębiorstwie Robót Drogowych S. A.) oraz Orfama (Zakłady przemysłu Dziewiarskiego „Archimode” w Łodzi).

W przeszłości Portugalczycy słynęli z odwagi, żeglując i odkrywając nowe światy. Teraz są o wiele bardziej ostrożni. Dopiero, kiedy zauważą, że inni inwestują w jakimś kraju, próbują iść w ich ślady. Wówczas jednak okazuje się najczęściej, że jest już za późno. „Mamy dobry klimat, lubimy dobrze zjeść, nie chce nam się męczyć jeżdżąc do dalekich, zimnych krajów. Może dlatego nie jesteśmy tak obrotni w interesach, jak Niemcy, Włosi, Hiszpanie, czy Holendrzy” – tłumaczy ten fakt portugalski biznesmen. Do interesów z Polską nie zachęca też duża odległość, dzieląca nasze kraje. „Odległość zabija biznes. W dodatku brak nam agresywności w interesach, jaką wykazują się nasi hiszpańscy sąsiedzi. My wciąż jeszcze się nie obudziliśmy” – mówi jeden z portugalskich przedsiębiorców. W przeciwieństwie do Hiszpanów, Portugalczykom brak ryzykanckiej żyłki.

Portugalczycy mają dużą łatwość nawiązywania kontaktów, uchodzą za niezwykle otwartych. W porównaniu z Hiszpanami są jednak o wiele cichsi. Mówi się, że na ich spokojny charakter duży wpływ ma szum morza. Portugalczycy – choć się do tego głośno nie przyznają – mają kompleks niższości wobec Hiszpanów. Mimo gospodarczej dominacji, podkreślają swą odrębność. „Nie jesteśmy jedną z hiszpańskich prowincji” – można często usłyszeć z ich ust.

Obywatele Portugalii nie mają zbyt głębokiej wiedzy o Polsce, podobnie jak my nie mamy zbytniego pojęcia o kraju nad Tagiem. Wiedzą na ogół, że Polska to bardzo odległy kraj – położony gdzieś we Wschodniej Europie – którego mieszkańcy mówią zupełnie innym językiem. Przeciętnemu Portugalczykowi kojarzymy się głównie z papieżem, Solidarnością i Lechem Wałęsą.

Dawniej nad Tagiem i Atlantykiem pierwszym językiem obcym był francuski, teraz – angielski. Po francusku mówi głównie starsze pokolenie. W firmach rodzinnych czasem się zdarza, że nikt nie mówi po angielsku. Korespondencję handlową można można jednak zazwyczaj prowadzić w języku Szekspira bez żadnych problemów. Za to polskim firmom zdarza się ponoć wysyłać swe oferty do Portugalii... w naszym ojczystym języku.

Z potencjalnym partnerem w Lizbonie lub Porto najlepiej się wcześniej umówić. Wtedy możemy oczekiwać, że Portugalczycy wyjadą nawet po nas na lotnisko. Na ogół są bardzo gościnni, pokazują swą firmę, zapraszają na obiad lub kolację. Portugalczycy ubierają się elegancko, ale bez przesady. Są zadbani, schludni, ładnie pachną, noszą garnitury dobrej jakości, choć najczęściej nie od Armaniego. Konkretne rozmowy biznesowe prowadzone są w biurze, ale interesy przyklepywane są często w restauracjach.

Roman Gutkowski
20.09.2005




 

mg


Jak robi

Najlepiej po francusku


W Paryżu mozna spokojnie dogadać się po angielsku, na francuskiej prowincji jest pod tym względem o wiele gorzej.

Nawet w Mieście Świateł, uważanym przez jego mieszkańców za stolicę świata, język Moliera jest jednak milej słyszany od mowy Szekspira. Dobra francuszczyzna to furtka do bliższych kontaktów z francuskimi partnerami. Rozluźnia rozmowę i odpręża atmosferę. Nawet, jeśli mówimy po francusku „comme une vache espagnole” (jak hiszpańska krowa).

Francuzi doceniają nasz wysiłek, z jakim posługujemy się ich trudnym i - przyznajmy - coraz mniej u nas popularnym językiem. Obywatele V Republiki są na tym punkcie szczególnie wyczuleni. Wynika to z pielęgnowanego nad Sekwaną pojęcia „wyjątkowości kulturalnej” i obrony języka francuskiego przed zalewem angielszczyzny. Trzeba jednak dodać, że „biznesowy francuski” obfituje w anglicyzmy.

Na francuskiej prowincji z językami obcymi jest zdecydowanie gorzej. Tamtejsi przedsiębiorcy mają po prostu o wiele mniej kontaktów międzynarodowych niż ich paryscy koledzy. Mimo iż czasy Ludwika XIV, zwanego „Królem Słońce” już dawno przeminęły, Francja do dziś jest bodaj najbardziej scentralizowanym krajem w Europie. Dlatego poza Paryżem wciąż stosunkowo mało jest firm, które mają rozbudowane zagraniczne koneksje. Na prowincji robienie interesów odbywa się więc zdecydowanie po francusku, a próby dogadania się „en anglais” napotykają na poważne trudności.

Dla naszych potencjalnych partnerów bardzo ważne jest pierwsze wrażenie. Francuzi przywiązują wielką wagę do wyglądu zewnętrznego, zdecydowanie większą niż w innych krajach. Pod tym względem dorównują im może jedynie Włosi. Nasz wygląd powinien być klasyczny i schludny. Trzyczęściowy strój, taki jak w Polsce, jest we Francji niemodny. Nad Sekwaną na ogół nie nosi się kamizelek. W środowisku biznesowym od pewnego poziomu, szczególnie zaś w Paryżu, bardzo źle widziane są np. czarne spodnie i szara marynarka. Obie części garderoby muszą być w jednolitym kolorze. Można to zauważyć w metrze w dzielnicy La Defense, gdzie każdego ranka widać rzeszę niemal tak samo ubranych ludzi, podobnie jak dzieje się to w londyńskim City czy na nowojorskiej Wall Street.

Francuzi niezwykle gustownie dobierają krawat do koszuli. Na ogół noszą szary garnitur, ciemnoniebieską koszulę i bordowy (ciemniejszy od koszuli) krawat. W średnim i wyższym managemencie rozpowszechnione są też spinki do mankietów. Uwaga: na prowincji kolory ubrań są bardziej krzykliwe - łączą żółty z zielenią, na krawatach pojawiają się esy-floresy, palmy itp.

W czasie pierwszej rozmowy francuscy partnerzy nie oczekują od nas niczego poza... jak największą liczbą dokumentów. Nie ma praktyki wręczania prezentów - firmowych długopisów, kalendarzy, notatników - bo Francuzi traktują to jak akwizycję.

Duży plus u Francuzów zyskuje ktoś, kto przychodzi na pierwsze „rendez-vous d'affaires” z dobrze udokumentowaną wiedzą o ich firmie. A dossier o własnej spółce powinno się zmieścić na jednej stronie. Francuzi mają kartezjańskie umysły, są bardzo racjonalni, pragmatyczni, dlatego wszystko musi mieć prostą, jasną strukturę. Gdy uda nam się trafić w ich praktyczne gusta, zyskamy w ich oczach opinię poważnego partnera.

Pierwsze spotkanie może się odbyć w sali konferencyjnej przy kawie albo - co się zdarza częściej - przy obiedzie w dobrej restauracji. Przy stole znajomość francuskiej polityki nie jest wymagana, za to potrzebne jest savoir vivre i ogólna umiejętność konwersacji o winach, potrawach itd. Francuzi mają to w genach. Jeśli ktoś jest dobrym kompanem przy stole - tak rozumują - to dobrze będzie się z nim robić interesy.

Przed posiłkiem serwowany jest aperitif, np. kir, czyli białe wino słodzone syropem (cassis), kir royal (szampan z cassis), pineau (koniak z sokiem winogronowym) lub mocny pastis (najsłynniejsze to Pernaud i Rocard). Jakie wina pan preferuje? Po tak postawionym pytaniu trzeba się wykazać przynajmniej podstawową znajomością trunków. Ostatnio we Francji najbardziej modne są wina z Bordeaux - bardzo dobrej jakości, a jednocześnie stosunkowo tanie.

W Paryżu roboczy obiad w interesach trwa nie dłużej niż półtorej godziny. Na prowincji może się przeciągnąć do trzech. Francuz pracuje cały dzień. Wychodzi z biura o godzinie dziewiętnastej lub nawet dwudziestej. Pójście z nim na kolację oznacza zabranie mu jedynego momentu, kiedy ma czas dla siebie. Zaproszenie na wieczór uważane więc jest za coś wyjątkowego i świadczy o bardzo bliskich, wręcz zażyłych kontaktach. Poza francuską kuchnią modne są egzotyczne restauracje - chińskie, wietnamskie, indonezyjskie lub hinduskie. Ślimaki na maśle i żaby raczej nie wchodzą w grę. To jeszcze jeden pieczołowicie pielęgnowany nad Wisłą stereotyp.

Francuzi na ogół mało jedzą, są jednym z najszczuplejszych narodów w Europie. Jeśli już mieliby wybierać, to od ślimaków i żab woleliby zdecydowanie coś o wiele mniej specyficznie francuskiego - ryby. Francuzi uważają, że wspólne uiszczanie rachunków w restauracji to niecywilizowany zwyczaj.

Ogólnie rzecz biorąc, osoba, która zaprosiła, płaci za zamówione posiłki i napoje, ale zdarza się, że bliscy koledzy i przyjaciele partycypują w kosztach. W restauracji nie wzywa się kelnera, wołając „garçon”. Lepiej użyć zwrotu „s'il vous plait”. W czasie konwersacji pieniądze, a zwłaszcza wysokość pensji naszego rozmówcy, to temat tabu. Dla niektórych zaskoczeniem może być fakt, ze Francuzi uwielbiają się śmiać. Najbardziej bawią ich dowcipy, których bohaterami są ich sąsiedzi - Belgowie, „mangeurs de frites et moules” (zjadacze frytek i małż). O wiele mniej poczucia humoru wykazują słuchając anegdot na swój temat.

Co przeciętny zjadacz bagietek może wiedzieć o Polsce i Polakach? Z reguły niewiele ponad to, że papież Jan Paweł II to nasz rodak, a Lech Wałęsa obalił komunizm. Polska kojarzy się też Francuzom z Holocaustem i milionami biednych rolników, pragnących zagrabić pieniądze wypracowane przez unijnego podatnika. Badania socjologiczne wykazały, że ponad jedna trzecia Francuzów nie wie bądź nie jest pewna, czy w Polsce funkcjonuje system parlamentarny oraz gospodarka rynkowa, czyli podstawowe atrybuty nowoczesnego państwa. Niemal 40 procent nie wierzy, że Polska notuje w miarę szybki wzrost gospodarczy oraz istnieje dobra organizacja pracy. I trudno się temu dziwić, skoro na własne oczy nasz kraj widziało tylko... 4 procent Francuzów! Miejmy nadzieję, że coraz dynamiczniej rozwijające się kontakty między biznesmenami znad Wisły i Sekwany zmienią ten negatywny obraz naszego kraju we francuskich oczach.

Francja jest najwiekszym inwestorem zagranicznym w Polsce. Francuskie inwestycje wynoszą obecnie 12 miliardów dolarów. Najwięksi francuscy inwestorzy to: France Télécom (3 mld USD), Vivendi (1,2 mld USD), Casino (900 mln USD), Carrefour (800 mln USD) et Crédit Agricol (740 mln USD).

Roman Gutkowski

20.09.2005

 

mg


Biznes od w

„Parlare italiano” w języku Dantego i Boccaccia znaczy nie tylko „mówić po włosku”, ale też „mówić jasno, po ludzku”. Dlatego przeciętny Włoch nie przykłada się zbytnio do nauki języków obcych. W podstawówce obowiązkowy jest angielski, w szkole średniej i na studiach najczęściej dochodzą do niego niemiecki, francuski i hiszpański.

„Jeżdżę po całym świecie i ze wszystkimi potrafię się dogadać, byleby tylko moi rozmówcy mówili po włosku” – zwykł się ponoć chwalić pewien handlowiec znad Tybru. Włoscy biznesmeni słyną właśnie z owej zdolności do radzenia sobie („arrangiarsi”) w każdej, najtrudniejszej nawet sytuacji. „Chodzi o ciągłe poszukiwanie alternatywnych rozwiązań. Nie podążamy wyłącznie utartym szlakiem. Staramy się znaleźć inne możliwości, by wyjść naprzeciw oczekiwaniom naszych partnerów. Niektóre z nich na pierwszy rzut oka mogą wydawać się karkołomne, ale często okazują się skuteczne” – tłumaczy jeden z nich.

Biznes we krwi

Włosi mają biznes we krwi. Tradycja rodzinnych firm liczy sobie wiele stuleci. Małe i średnie przedsiębiorstwa działają we wszystkich krajach świata. Włoski fenomen polega jednak na tym, że tamtejsze firmy, bez względu na wielkość, robią interesy na zagranicznych rynkach nie uciekając się do pomocy pośredników. Firmy z Półwyspu Apenińskiego nieraz bez pardonu konkurują między sobą, ale potrafią zewrzeć szeregi, o ile dostrzegą w tym dobry interes. Dzieje się tak na przykład w przypadku kosztownych badań rynku. Włosi do dziś z dumą podkreślają, że ich model produkcji, mimo prób przeszczepienia go na inny grunt, sprawdził się tylko nad Tybrem.
Przedsiębiorcy, którzy robią biznes poza ojczystą Italią, coraz rzadziej zachowują się jak drobni handlarze. Nie noszą krzykliwych ubrań i krawatów w palmy. Cenią prostotę. Jak sami twierdzą, są pod względem elegancji biją na głowę nawet słynących z niej Francuzów. Krawaty, koszule i garnitury, choć nie zawsze od Armaniego, z reguły są gustownie dobrane. Włosi są świetnie zorganizowani i z reguły przystępują do rozmowy biznesowej z klarownymi pomysłami. Dobrze wiedzą, co można, a czego nie można zrobić w danym kraju. Dużą rolę odgrywają w tym Włoskie Instytuty Handlu Zagranicznego (ICE). „Nasi biznesmeni robią interesy ze wszystkimi krajami Piętnastki oraz tymi, które 1 maja przystąpią do Unii Europejskiej. Polacy są dla nich wiarygodnymi partnerami, mają też opinię elastycznych. Na ogół dobrze się rozumiemy, mimo trudności językowych” - mówi przedstawiciel ICE.

Bez snobizmu

Na wstępną rozmowę biznesową z włoskim partnerem najlepiej umówić się w restauracji. Kolacja nie może obyć się bez wina, a w jego wyborze Włosi, w przeciwieństwie do Francuzów, nie kierują się snobizmem. Najsłynniejsze czerwone wina, pochodzące z Piemontu, to Barolo, Barbaresco i – najdroższe z nich - Barbera. W Emilii-Romanii produkowane jest Lambrusco, w Toskanii – Chianti, a w okolicach miasta Romea i Julii – Werony – najbardziej znane w Europie marki – Bardollino, Valpolicella i Soave.
W czasie konwersacji – we Włoszech posiłki, składające się z wielu dań wydają się trwać bez końca - warto wspomnieć mimochodem, że aż 16 procent truskawek lądujących na włoskich stołach pochodzi z naszego kraju. Niewielu Włochów zdaje sobie też sprawę, że krzywą wieżę w Pizie uratował przed runięciem polski architekt Michał Jamiołkowski, a nowy Fiat Panda produkowany jest wyłącznie nad Wisłą...

Pecunia non olet

Włosi mają bogatą tradycję handlu z Polską i innymi krajami byłego wschodniego bloku. Jak sami przyznają, była to dobra podstawa do szerszego wejścia na rynki tej części Europy po ich liberalizacji. Ostatnio interesują się zwłaszcza inwestycjami w infrastrukturę i ochronę środowiska. Największą przeszkodą jest panująca w naszym kraju korupcja. Skarży się na nią ponad połowa włoskich inwestorów. I pomyśleć, że to starożytni Rzymianie, a ściślej cesarz Wespazjan, byli autorami sentencji „pecunia non olet” (pieniądz nie śmierdzi)...

Ważny partner

Włochy, z 3,7 mld dolarów, zajmują szóste miejsce na liście największych zagranicznych inwestorów w naszym kraju. Wyprzedzają je Francja, USA, Niemcy, Holandia i Wielka Brytania. Największym włoskim inwestorem jest oczywiście FIAT (1,75 mld USD). Druga lokata przypada Unicredito Italiano (1,2 mld USD, udziały w Bank Pekao S.A.), a trzecia – koncernowi metalurgicznemu Lucchini (126 mln USD). Włochy są drugim (po Niemczech) partnerem handlowym Polski. W 2002 r. nasze handlowe wyniosły prawie 6,9 mld USD, przy czym import z Włoch był ponad dwukrotnie wyższy od polskiego eksportu do tego kraju.


Roman Gutkowski
20.09.2005



 

mg


Pani komisarz na polskiej wsi

„Cieszę się, że pierwszą wizytę w nowym kraju unijnym składam właśnie w Polsce. Chciałam odwiedzić polską wieś i na własne oczy zobaczyć polskie rolnictwo” – powiedziała na konferencji prasowej w Warszawie duńska komisarz Unii Europejskiej ds. rolnictwa i rozwoju wsi Mariann Fischer Boel.


Pani Boel, była duńska minister rolnictwa, objęła unijny fotel pod koniec listopada ub. roku. Po spotkaniu w ministerstwie rolnictwa Komisarz podkreśliła, że rozmowy na temat rynku cukru muszą być zakończone do listopada tego roku, przed kolejną rundą rozmów o liberalizacji światowego handlu, która odbędzie się w grudniu 2005 r. w Hongkongu. Boel zauważyła, że od połowy 2006 roku nie będą już obowiązywały żadne przepisy i unijny cukier będzie musiał konkurować na wolnym rynku. Jej zdaniem, fakt ten zmobilizuje kraje do podjęcia uzgodnień w sprawie rynku cukru.

Podczas spotkania w resorcie rolnictwa omawiana była także sytuacja na rynku owoców miękkich w Polsce. Minister rolnictwa Wojciech Olejniczak poinformował, że Polska stoi na stanowisku, że rynek ten powinien być objęty ochroną Unii. Komisarz odparła, że " Komisja Europejska będzie się przyglądać rynkowi owoców i warzyw", ale rozwiązanie tej sprawy nie może wyjść poza możliwości unijnego budżetu na rolnictwo.

Minister Olejniczak i pani komisarz podkreślali, że współpraca Ministerstwa Rolnictwa z Komisją Europejską jest dobra. Zdaniem Boel różnice w poglądach na temat finansowania rolnictwa są nieznaczne.

RG
20.09.2005



 

mg


Wzi

Hiszpan cieszy się u nas opinią typowego południowca. Z kolei Polacy nazywani bywają za Pirenejami "mediterraneos del Norte" (południowcami z Północy). Nie trzeba dodawać, że w obu przypadkach mamy do czynienia ze stereotypami.


Polacy pozostają wciąż dla Hiszpanów wielką niewiadomą. Jedynymi postaciami, z jakimi na ogół kojarzy im się nasz kraj, są papież Jana Paweł II i Lech Wałęsa. Przeciętny Hiszpan o średnim wykształceniu, pytany o Polskę, natychmiast mówi o "paises de Europa del Este" (krajach Europy Wschodniej), nie bardzo je przy tym rozróżniając. Nie dziwmy się więc, gdy przy pierwszej, suto zakrapianej kolacji, nasz gospodarz niechcący strzeli byka, proponując nam wspólne odśpiewanie... "kalinki".

Dopiero ostatnio, wraz z rosnącą liczbą polskich turystów i imigrantów, mieszkających na stałe w iberyjskim królestwie(według hiszpańskich szacunków, jest ich tam ok. 50 tysięcy), przestajemy przypominać "tabula rasa". Zdobyliśmy sobie opinię osób łatwo adoptujących się do nowego środowiska, pracowitych, religijnych, poważnych, towarzyskich i mogących się pochwalić iście południowym temperamentem. Dla Hiszpana typowy Polak to katolik o prawicowych poglądach. Nasi rodacy, w przeciwieństwie do imigrantów z Maroka i innych krajów Maghrebu, czują się na półwyspie Iberyjskim jak u siebie domu.

Przeciętnemu Hiszpanowi daleko do Holendra, przynajmniej jeśli chodzi o znajomość języków obcych. Ten pierwszy zazwyczaj nie mówi wcale lub posługuje się z dużym trudem mową Szekspira, Moliera lub Goethego. W kontaktach z partnerami zza Pirenejów najczęściej niezbędna jest więc pomoc tłumaczki lub sekretarki. Wpływa to jednak niekorzystnie na atmosferę rozmów. Na pociechę trzeba dodać, że z Hiszpanami bardzo szybko przełamuje się pierwsze lody. Tylko na początku wymagana jest grzecznościowa forma "Usted" (Pan, Pani). Bardzo szybko usłyszymy propozycję: "Nos tuteamos, por favor" (Proszę, mówmy sobie per ty).

W Hiszpanii wielkim powodzeniem cieszą się wszelkiego rodzaju poradniki savoir vivre, radzące jak pisać życiorys, zdobyć dobrze płatną pracę i jak się ubierać. "La apariencia vende" (Wygląd dobrze się sprzedaje) - mawiają Hiszpanie. Zgodnie z tym powiedzeniem, zazwyczaj dbają o swój wygląd, nie przywiązując jednak zbytniej wagi do marki garniturów czy krawatów. Ubranie musi być w miarę modne i schludne. Od starego, znoszonego garnituru lepszy jest czysty i nowy sweter - mówią Hiszpanie, którzy nie lubią wszelkiej ostentacji - nie noszą np. ozdób ze złota.

O Hiszpanach mówi się złośliwie, że jedzą przez cały dzień oraz przez znaczną część nocy. Od wieków spędzali wiele godzin przy szynkwasie ze szklanką wina w garści. Śpią na ogół o godzinę krócej niż inni Europejczycy. "Los madrilenos" (madrytczycy) są pod tym względem jeszcze bardziej wyjątkowi. Twierdzą, że wystarcza im zaledwie parę chwil snu. Nasi madryccy rozmówcy mogą często sprawiać wrażenie mocno zaspanych. Nic dziwnego, skoro poszli spać grubo po północy. Niektóre stołeczne kluby otwierane są dopiero o czwartej lub piątej nad ranem. Niezwykle popularną formą spędzania wolnego czasu jest tzw. chateo, czyli obchód okolicznych lokali w towarzystwie przyjaciół.

Od kilku lat wśród krajów Europy Wschodniej Polska jest największym importerem hiszpańskich produktów i drugim po Rosji eksporterem towarów na rynek hiszpański. W polskim eksporcie dominują maszyny i urządzenia mechaniczne i elektryczne, produkty chemiczne, metale nieszlachetne oraz produkty mineralne. Importujemy z Hiszpanii głównie samochody osobowe, ceramikę, tworzywa sztuczne, wyroby włókiennicze oraz owoce i artykuły spożywcze. Od 1998 roku ogólna suma hiszpańskich inwestycji w Polsce ulegała każdego roku podwojeniu.

Nasi madryccy partnerzy mogą zaprosić nas na corridę, choć zdobycie wejściówki na słynną arenę Las Ventas to wielka sztuka. Jeśli zaś wierzyć hiszpańskim inwestorom, lokującym swój kapitał w Polsce, tym co naprawdę działa na nich jak czerwona płachta na byka, jest nasza nadmiernie rozbudowana biurokracja.

ROMAN GUTKOWSKI
20.09.2005



 

mg


Przedsiębiorczość

Czy można się nauczyć przedsiębiorczości, czy też jest to cecha wrodzona? Co jest niezbędne, by stworzyć własną firmę i odnieść sukces? Dlaczego Europejczycy mają jak dotąd mniej osiągnięć na tym polu niż Amerykanie? Eurobarometr zapytał o to obywateli wszystkich krajów członkowskich Unii Europejskiej, w tym także po raz pierwszy obywateli dziesięciu nowych krajów.


Z badań wynika, że 45% Europejczyków jest skłonnych założyć własną firmę, podczas gdy taką samą opcję bierze pod uwagę 61% Amerykanów. Polska z wynikiem 51% plasuje się w środku tabeli. Nie ma też wyraźnych różnic pomiędzy „starymi” i „nowymi” członkami Unii w tym względzie. Jaka jest zatem przyczyna takiego stanu rzeczy? Czy w Europie istnieją jakieś szczególne bariery, które mogą wyjaśnić lub usprawiedliwić mniejsze zainteresowanie Europejczyków posiadaniem własnej firmy?

Ryzyko i korzyści

57% Europejczyków nigdy nie myślało o tym, by założyć własną firmę. Stałe, regularne dochody to najpoważniejszy argument za tym, by uzyskać lub utrzymać status pracownika. Takiego zdania jest 30% Europejczyków (24% Polaków) i niespełna 16% Amerykanów. Kolejnym ważnym argumentem przemawiającym na korzyść bycia pracownikiem jest posiadanie stałego zatrudnienia. Tak sądzi 24% Europejczyków, 23 % respondentów w Polsce oraz 10% Amerykanów.

Obawa przed porażką jest następnym ważnym czynnikiem zniechęcającym Europejczyków do rozpoczęcia działalności gospodarczej na własny rachunek. Połowa Europejczyków i aż 56% Polaków objętych badaniem zgodziło się z twierdzeniem, że nie powinno się zakładać firmy, jeśli istnieje ryzyko porażki, podczas gdy tylko jedna trzecia Amerykanów była podobnego zdania. Europejczyków bardziej niż Amerykanów martwi też możliwość bankructwa firmy (45%) lub utraty majątku (35%). Dla Polski wskaźniki te wynoszą odpowiednio 52% i 31%. W USA obawy te są znacznie miej widoczne, wyraża je odpowiednio 36% i 21% Amerykanów.

Należy jednak podkreślić, że Polska i Hiszpania znajdują się na czele stawki w UE, gdy idzie o skłonność do rezygnacji ze statusu pracownika na rzecz samozatrudnienia w perspektywie najbliższych pięciu lat. Takie pragnienie wyraża 50% Polaków i Hiszpanów. W Polsce jednak aż 42% respondentów uważa, ze jest to realne, podczas gdy w Hiszpanii sądzi tak tylko 25% badanych.

Finansowe bariery

Z badań wynika, że w Europie i w USA trudności związane z założeniem własnej firmy są bardzo podobne. Brak dostępu do wsparcia finansowego wysuwa się na pierwsze miejsce i jest postrzegany jak najpoważniejsza bariera zarówno w Europie, jak i w USA. Jednak w przypadku Europy sytuacja jest bardzo zróżnicowana w poszczególnych krajach członkowskich. W takich krajach, jak Finlandia (43%), Holandia (45%) lub Dania (53%) problem ten jest mniej dokuczliwy niż w Polsce (87%), Grecji (89%), na Łotwie czy w Słowacji (93%).

Trudności, które zostały zidentyfikowane w trakcie badań Eurobarometru, są odzwierciedlone w Wieloletnim Programie Ramowym (MAP) Komisji Europejskiej na rzecz Przedsiębiorstw i Przedsiębiorczości. Większość środków finansowych tego Programu przeznaczona jest na zwiększenie dostępu małych firm do kredytów bankowych i prywatnego kapitału za pośrednictwem Europejskiego Funduszu Inwestycyjnego (EIF).W ramach MAP będzie się także dążyć do zapewnienia firmom lepszego dostępu do informacji za pośrednictwem sieci Euro Info.
Wieloletni Program Ramowy w roku 2005 będzie się koncentrował na działaniach zmierzających do udoskonalenia Europejskiego i narodowego systemu prawnego i zmniejszenia barier administracyjnych, które są wciąż jedną z najczęściej wymienianych przez Europejczyków (UE 25 - 70%, Polska – 70%, USA – 56%) przeszkód w procesie zakładania własnej firmy.

(RG, na podst. informacji Dyrekcji Generalnej Prasy i Komunikacji Komisji Europejskiej)
20.09.2005



 

mg


Rok w UE: Do

Rozmowa z sekretarzem stanu ds. europejskich, JAROSŁAWEM PIETRASEM


Maria Graczyk: - Jak możemy zdyskontować nasze roczne doświadczenie członkostwa?
Jarosław Pietras - Wiemy już, że trzeba być bardziej elastycznym i szybciej działać. Na Wspólny Rynek trzeba wejść z impetem, a to wymaga zmiany postaw. Zamiast przyjmować postawę pasywną, obronną, trzeba być aktywnym, a w niektórych wypadkach nawet agresywnym. Tacy są już ludzie młodzi – aktywniejsi i bardziej dynamiczni niż starsze pokolenia; często też aktywniejsi i bardziej dynamiczni niż ich rówieśnicy w krajach „starej” Unii.
Ten rok był lepszy niż oczekiwaliśmy, a następny wymaga jeszcze bardziej intensywnej pracy. Skutki wejścia Polski do UE będą się ujawniać nie w ciągu roku, ale w ciągu kilkunastu lat. Trzeba się nastawić na długi marsz.

- Jak wygląda bilans pierwszego roku członkostwa Polski w Unii Europejskiej? Które z obaw się sprawdziły i które nadzieje spełniły?
- Obaw zarówno w Polsce, jak i w państwach starej Unii było dużo. Dotychczasowi członkowie UE obawiali się, czy Polska i inne nowe państwa sobie poradzą, czy nie będzie zakłóceń w różnych systemach unijnych, np. przy kontrolach granicznych lub weterynaryjnych. Kiedy spojrzymy wstecz na łamy prasy austriackiej czy innych państw, zauważymy, że żadna z prezentowanych wtedy obaw nie spełniła się w takim stopniu, by warto teraz o tym pisać. Nie było szoku po rozszerzeniu – ani dla polskiego społeczeństwa, ani dla samej UE.
Nie oznacza to, że wszystko przebiegło gładko. Nie wywołało jednak zaburzeń, które by zakłóciły czy przerwały jakieś procesy. Żadna gałąź polskiej gospodarki po akcesji nie ucierpiała i żadna polska instytucja nie zablokowała się nagle z natłoku nowych zadań. Niektórzy mieli może zbyt dużą nadzieję, że po 1 maja 2004 w Polsce świat będzie zdecydowanie inny. Tymczasem wiele spraw pozostało niezmienionych.
Rozmawiamy o ocenie zjawiska, które ma wymiar historyczny. Nie można tego robić kilka miesięcy po jego wydarzeniu. Kiedy spojrzymy z perspektywy 20 lat, zauważymy, że cały okres od 1989 r. aż do momentu członkostwa był czasem przejściowym, pełnym przygotowań. Zakończył się 1 maja 2004 r., wraz z przystąpieniem do UE. Z perspektywy historycznej będzie widać, że ta data jest cezurą.

- Sytuacja na wsi wygląda lepiej, niż przewidywały czarne scenariusze - rolnicy dostali więcej dopłat bezpośrednich.
- Główną korzyść, którą odnieśli rolnicy i główny powód ich obecnego zadowolenia nie wiązał się z dopłatami bezpośrednimi. Wyraźna zmiana nastawienia rolników nastąpiła, zanim jeszcze którykolwiek otrzymał płatności bezpośrednie. Już wczesną jesienią ubiegłego roku rolnicy mieli bardzo optymistyczne nastawienie. Zmieniły się relacje cenowe i ich praca zaczęła przynosić dochody, zapewniać im byt. Nie czują się już przywiązani do ziemi, bo nie mają jej komu przekazać, lecz teraz widzą, że ta praca zaczyna się opłacać w sensie ekonomicznym, że warto zostać na ziemi. Potwierdzeniem tego jest znaczący wzrost cen ziemi w Polsce. Ceny ziemi wzrosły, bo są chętni do pozostania w rolnictwie. Wielu ludzi uważa, że jest to dziedzina rozwojowa, w którą warto inwestować. Następuje modernizacja rolnictwa. Jest to zasługa przyjęcia przez Polskę polityki rolnej UE, która dysponuje o wiele bardziej bogatym instrumentarium wspierania rolnictwa niż wewnętrzna polityka polska.

- Oczekiwano także spadku bezrobocia, ale te nadzieje się nie ziściły. - Analizy ekonomiczne na to nie wskazywały. Raport UKIE „Bilans korzyści i kosztów członkostwa” z 2003 roku mówił o pozytywnym, ale bardzo długofalowym wpływie akcesji na rynek pracy. W tej kwestii zmiana będzie następować powoli.

- Przed przystąpieniem Polski do UE istniało wiele czarnych scenariuszy. Polska nie okazała się jednak płatnikiem netto. W wielu miastach, np. w Żyrardowie, zdobyto fundusze samodzielnie wyszukując informacje w Internecie. Przedsiębiorczość ludzi przeszła nasze oczekiwania.
- Ogromnym beneficjentem w Polsce jest nie tylko rolnictwo, lecz także społeczności lokalne, które od lat borykały się z nierozwiązanymi problemami. Żyrardów czy inne polskie miasta myślały o przedsięwzięciach, na które nie mogły się zdecydować z powodu zbyt małego budżetu. Jedyną szansą dla nich jest sięgnięcie do dodatkowego, zewnętrznego finansowania. Możliwość, jaką UE stwarza dla społeczności lokalnych, jest tak duża, że muszą się one zorganizować. Szansa na sfinansowanie budowy obwodnicy, mostu, oczyszczalni ścieków czy kanalizacji, zmusza ich do współpracy, przygotowania wspólnych projektów; przyczynia się do rozwoju samorządności.

- Kto jest więc największym beneficjentem rozszerzenia Unii?- Niewątpliwie społeczności lokalne i rolnicy. Ale także przedsiębiorcy, szczególnie ci mali i średni, zyskali szansę znalezienia niszy i szerszego kręgu odbiorców. Przykładem jest choćby eksport polskich pieczarek, który zwiększył się piętnastokrotnie. W wielu wypadkach mali producenci jednego, ale dobrego produktu, byli w stanie wykorzystać fakt, że teraz mamy ogromny rynek. Na 450 milionowym rynku UE zawsze się znajdzie miejsce dla kogoś, kto ma swój specyficzny produkt. I o ile jest on dobry, będzie się sprzedawać.

- Kto zatem stracił na członkostwie Polski w UE? - Nawet w rolnictwie są przegrani. Najczęściej są to ci rolnicy, którzy zignorowali potrzebę wypełnienia wniosków, ale nie tylko. Istnieją też grupy – np. producenci zbóż – którzy obecnie dostają mniej za swoje produkty niż przed członkostwem. Celnicy gwałtownie zredukowali swoją liczebność. Część z nich musiała przenieść się z granicy zachodniej na wschodnią. Przegranymi są ci, którzy zignorowali fakt, że do rozszerzenia trzeba się trochę przygotować. Przedsiębiorstwa, które dostarczały do FSO komponenty do produkcji, jeśli nic nie zrobiły, toną razem z tym zakładem. Ci którzy zignorowali przygotowania lub nastawili się niechętnie, znajdują się na pozycjach przegranych.

- Jakie były spektakularne zmiany w ostatnim roku?- Wśród pozytywnych – oprócz faktu, że możemy teraz podróżować po Europie z dowodem osobistym - odnotowałbym przede wszystkim wzrost eksportu. Świadczy to o dużej elastyczności naszej gospodarki i Polaków. Nasi przedsiębiorcy szybko dostosowali się do nowych warunków i wykorzystali pojawiające się na Wspólnym Rynku możliwości. Dotyczy to nawet zakładów przetwórstwa mięsa i mleka. A w tych sektorach było szczególnie dużo lęków.
Co do negatywów – najbardziej zauważalny był wzrost cen niektórych artykułów spożywczych – przede wszystkim ryżu, cukru i bananów. To, że równocześnie utrzymały się lub nawet trochę spadły ceny sprzętu RTV, zauważyć trudniej. Wszak częściej kupujemy ryż niż telewizor.

- W jakich sprawach głos Polski odgrywa istotną rolę w Brukseli? Na marcowym szczycie Unii nie została przyjęta dyrektywa usługowa, na której nam zależało.
- Popierana przez nas dyrektywa Bolkesteina nie przeszła, ale nie została też odrzucona, choć taką propozycję zgłoszono. Losy tej dyrektywy dotyczącej liberalizacji usług pokazują, że wewnątrz UE, szczególnie tej rozszerzonej, istnieją duże rozbieżności w poglądach. Nie została ona przyjęta, bo jak mogło do tego dojść przy sprzeciwie tak dużego państwa jak Francja? Nie została też odrzucona, bo jak mogłaby przy sprzeciwie takiego państwa jak Polska? Polska nauczyła się w ostatnim okresie wyrażać swoje stanowisko w sposób bardzo zdecydowany. Nauczyliśmy się tego w trakcie negocjacji akcesyjnych - gdy w sposób wyraźny mówi się o oczekiwaniach, można liczyć na to, że partnerzy dostrzegą nasze postulaty i na nie zareagują; choć nie zawsze pozytywnie. Cichy głosik z kąta nie wywołałby żadnego zainteresowania. W Unii trzeba mówić w sposób wyraźny i zdecydowany, ale trzeba też być gotowym do dostrzegania interesów innych. Skoro mamy 25 państw, nie możemy ignorować interesów np. Austrii. Na tym polega demokracja wewnątrzunijna. Polska jest jednym z 25 państw, ale na tyle istotnym, że gdy zabiera głos, to w skupieniu zastanawiają się nad nim inne państwa. W UE nie da się wielu spraw załatwić bez konstruktywnego udziału Polski.

- W Niemczech nie cichnie dyskusja na temat dumpingu socjalnego. W trudnej sytuacji znaleźli się m.in. polscy rzeźnicy. Tymczasem Warszawa milczy.
- Gdyby czytać tylko niemiecką prasę, można by odnieść wrażenie, że niemieccy rzeźnicy najbardziej odczuwają skutki rozszerzenia. Proszę zajrzeć do archiwalnych pism europejskich z 1986 r. - gdy do wspólnoty europejskiej przystąpiła Hiszpania i Portugalia - i przeczytać chociażby o wojnie o truskawki. Przy tym rozszerzeniu nie było sytuacji tak dramatycznych jak wtedy, gdy francuscy rolnicy zatrzymywali ciężarówki z truskawkami z Hiszpanii, wysypywali je na szosy i demonstracyjnie rozjeżdżali.
A poza tym - czy w gospodarczym interesie Polski leży to, by polscy pracownicy jechali do Niemiec i gnieździli się w bursach? Berlin może zostać zaopatrzony w mięso z zakładów, które są w promieniu 300 km. Jeśli Niemcy będą zatrzymywać napływ polskich pracowników, nie tylko do rzeźni, ale także do innych przedsiębiorstw, to przeniosą się one do Polski. Które rozwiązanie jest lepsze dla Polski? Zabieramy głos wtedy, gdy ma się pojawić jakaś decyzja dyskryminująca. Oprotestowaliśmy pomysł, by wydłużyć okres, w którym przedsiębiorstwo, które otrzymało pomoc publiczną lub z funduszy strukturalnych, miałoby pozostawić produkcję na terenie danego kraju. To są konkretne sprawy, które wywołują polską ripostę. Debata o delokalizacji czy dumpingu socjalnym ma natomiast charakter przede wszystkim polityczny. Ekonomiści niemieccy czy francuscy wiedzą doskonale, że na dłuższą metę nie można oszukać gospodarki i zmusić przedsiębiorcy do tego, żeby wytwarzał tam, gdzie mu się nie opłaca. Jeżeli jakaś produkcja jest nieopłacalna we Francji, istnieją tylko dwa rozwiązania: będzie ona kontynuowana w kraju, gdzie jest to opłacalne, albo w ogóle nie będzie jej w Europie.

Rozmawiała Maria Graczyk
20.09.2005



 

mg


  [1] [2] >> 
Reklama