Austria, czyli "„Pan magister raczy usiąść”

Taksówkarze przed lotniskiem lub głównym dworcem kolejowym w Wiedniu promienieją z radości, gdy pasażer mówi ze słowiańskim akcentem. „A, nuż – myślą – trafił mi się Rosjanin…”. Miny im wprawdzie rzedną, gdy się okazuje, że wsiadł Polak albo Czech, ale pod wskazany adres skrzętnie zawiozą. Nie liczą już jednak na sute napiwki, do których przyzwyczaili ich nasi wschodni sąsiedzi.

 

Austriacy lubią powtarzać, że turystyczny biznes zbudowali na śniegu i alpejskich stokach. Ale także poza sezonem narciarskim kuszą przybyszów wieloma atrakcjami. W 2002 r. 18 mln turystów zostawiło 11,5 mld dolarów. Poza ośnieżonymi górami największą silę przyciągania ma Wiedeń. W wielu miejscach można tam odnieść wrażenie, że cesarsko-królewskie czasy wcale nie przeminęły. Spod katedry św. Stefana, która – jak pisał biskup Ignacy Kraszewski – „króluje Wiedniowi jak kopula św. Piotra w Rzymie” można wyruszyć dorożką po uliczkach i wśród dworskich zabudowań i pałaców z łatwością się przenieść w czasy Franciszka Józefa. Z podróży do przeszłości może jednak wyrwać telefon komórkowy... To ubrani w stroje z epoki wiedeńscy dorożkarze (Fiaker) umawiają się na kolejny kurs.

 

Adres w Wiedniu zobowiązuje – do codziennego życia należy rytuał spotkań kawiarnianych, regularne koncerty (oczywiście muzyki klasycznej) czy bale karnawałowe (nie tylko w operze). Za prawdziwych wiedeńczyków uważa się tych, którzy mieszkają tam od co najmniej trzeciego pokolenia i mówią z akcentem charakterystycznym dla danej dzielnicy. W takiej sytuacji nieważne, że nazwisko brzmi Novak czy Nagy. Wertując wiedeńską książkę telefoniczną można odnieść wrażenie, że zawiera ona także numery Budapesztu, Pragi czy Bratysławy… Słowiańskie i węgierskie nazwiska nikogo nad Dunajem nie dziwią. Wiedeń jest kosmopolityczny i ksenofobiczny zarazem.

 

Podobnie jak Szwajcarzy Austriacy  nie są wrogo nastawieni do cudzoziemców, pod warunkiem jednak, że ci przyjeżdżają do ich małego alpejskiego kraju jako turyści. Cudzoziemiec-„gastarbeiter”, czy – jeszcze gorzej – azylant musi się mieć na baczności. Do niedawna dużo cierpliwości wymagało już samo przekraczanie granicy austriackiej. Kilka lat temu na szykany ze strony austriackim służb granicznych publicznie narzekał m.in. jeden z byłych polskich konsulów. W ostatnim czasie sytuacja się unormowała. Nadal jednak Polacy nie mają co liczyć na taką samą dawkę sympatii (a może raczej nostalgii) jak w przypadku Słoweńców, Węgrów, Czechów czy Słowaków. Innego zdania są zapewne mieszkańcy Krakowa i Galicji.

 

Choć Wiedeń nazywany jest miastem Straussa, na każdym kroku można tam zobaczyć wizerunek Mozarta. Wolfgang Amadeusz uwieczniony został na pomnikach, fasadach trzynastu domów, w których mieszkał, na apaszkach, parasolach i czekoladkach. Jego rodzinne miasto, Salzburg, ukochali natomiast melomani z całego świata. Przyjeżdżają tam nie tylko ze względu na Mozarta, ale także na przepiękną, malowniczą okolicę. Stałym gościem nad jeziorem Wolfgangsee był przez lata Helmut Kohl.

 

Za najbardziej słoneczny region Austrii uważana jest słynąca z ciepłych źródeł Karyntia. Styria (na granicy ze Słowenią i Węgrami) jako magnez reklamowy wykorzystuje nazwisko gubernatora Kalifornii, Arnolda Schwarzeneggera. Austriacki terminator przekonuje, że „jedynie w górach nabiera sił i chęci do życia”. Reszty dopełniają popularne w całym kraju potrawy mączne (wpływ Czechów z okresu imperialnego?).

 

Znawcy Austrii cenią sobie bardzo wysoko także Graz, drugie co do wielkości miasto Austrii. W ubiegłym roku był Graz kulturową stolicą kraju. Jednym z symboli miasta jest wieża zegarowa z odwrotnie zamontowanymi wskazówkami zegara. Do dziś nie wiadomo, czy ówcześni rzemieślnicy (w 1712 r.) potraktowali to jako żart, czy był to ich błąd w sztuce. Dziś już nikt nie odważyłby się go poprawiać. Tak jak Wiedeń szczyci się rodziną cesarską, Straussem czy Freudem, Graz „dorzuca” swoje nazwiska: psychoanalityka Otto Grossa, jego ojca Hansa – twórcy współczesnej kryminalistyki czy fotograficzki Inge Morath. Ta ostatnia była żoną Arthura Millera. Ich córka, Rebecca, poszła w ślady ojca i odgrywa coraz poważniejszą rolę w nowojorskim świecie literackim.

 

Innego „bohatera” ma od kilku lat Tyrol, region podzielony od 1919 r. między Austrię i Włochy. Kilka lat temu na lodowcu w obszarze przygranicznym znaleziono zwłoki zmumifikowanego człowieka epoki przedlodowcowej. Do dziś trwają spory, czy Oetzi był Austriakiem czy Włochem...

 

Na austriackich stokach można usłyszeć prawie wszystkie języki europejskie, ostatnio też coraz częściej polski. Napływowi turystów nie przeszkodziła – wbrew przewidywaniom – nawet dyplomatyczna izolacja Wiednia. Na początku 1998 r. rządy państw Unii Europejskiej zdecydowały się na sankcje wobec Austrii. Miał to być protest Europy wobec powstaniu egzotycznej koalicji – chadecy postanowili rządzić wraz z populistami z Wolnościowej Partii Austrii (FPOe). Najbardziej kontrowersyjna była nawet nie tyle sama partia, ile jej przywódca Joerg Haider. Dopóty dopóki jego rządy ograniczały się do Karyncji, traktowano jego ksenofobiczne i nacjonalistyczne wystąpienia jako folklor polityczny. Gdy nagle znalazł się na salonach Wiednia, zagraniczni politycy zaczęli masowo odwoływać zaplanowane wcześniej wizyty nad Dunajem. Szerokim łukiem nie omijali jednak Wiednia biznesmeni. Mimo szumu w mediach wpływ unijnych sankcji na gospodarkę Austrii okazał się znikomy.

 

Kanclerz Wolfgang Schuessel i jego energiczna pani minister spraw zagranicznych Benita Ferrero-Waldner nie przegapiali żadnej okazji, by podkreślać, że – mimo tej dziwnej koalicji - proeuropejska polityka Wiednia się nie zmienia i Austria będzie dążyła do dalszej liberalizacji przepisów gospodarczych.  Mieli rację – proinwestycyjna polityka rządu się opłaciła: do Austrii przeniosły część swej działalności m.in. takie firmy jak BMW, Philips  i MAN.

 

Jak jednak zgodnie powtarza się nad Dunajem, austriacka lokomotywa gospodarcza swoje tempo zawdzięcza głównie przystąpieniu Austrii do Unii Europejskiej. Dostęp do europejskiego rynku wewnętrznego wpłynął na ożywienie eksportu i sprawił, że potencjalni inwestorzy przychylniejszym okiem zaczęli spoglądać na Austrię. Po wejściu do UE w 1995 r. Wiedeń stał się też środkowoeuropejską centralą wielu międzynarodowych koncernów (np. Siemens, Coca-Cola).

 

Austriacy z dużym niepokojem obserwowali integrację Polski z UE. Wielu z nich nadal obawia się, że Polska nie tylko nadwyręży brukselską kasę, ale i zaleje ten mały alpejski kraj tanimi robotnikami. Obaw nie mają jednak w nawiązywaniu kontaktów handlowych z Polakami. Są stosunkowo otwarci i mniej pryncypialni niż ich „niemieccy kuzyni”. Nie lubią być zresztą z nimi porównywani, są dumni ze swojego multikulturowego spadku po Habsburgach. Dużą wagę przywiązują do ceremoniału - po rozmowach jak najbardziej wskazana jest elegancka kolacja, a nierzadko także ciekawy koncert. Czują się sercem Europy Środkowej i chętnie rozprawiają na temat kultury, historii i polityki. Ostrożnie z tematem II wojny światowej! Dla wielu Austriaków Adolf Hitler był Niemcem... – „tam bowiem został ukształtowany jego program - tłumaczą - i dzięki Niemcom znalazł się na szczytach władzy”. Mentalnościowo mają jednak dużo wspólnego z południowymi Niemcami, podobnie jak Bawarczycy pozdrawiają się: „Gruess Gott!” („Szczęść Boże!”).

 

Austriacy bardzo umiejętnie łączą historię i tradycję z nowoczesnością. Wielu z nich bez trudu kojarzy nazwisko króla Jana Sobieskiego, który ponad 300 lat temu wybawił ich z tureckiej opresji. Sentymentalni w kwestiach historycznych, w sprawach biznesowych są Austriacy jednak nad wyraz pragmatyczni.

 

Zdarza się, że w Austrii wśród biznesmenów wciąż funkcjonują stereotypy („Polnische Wirtschaft”), ale nie tak powszechnie jak wśród ludzi nie zajmujących się biznesem czy w Niemczech. Austriaccy przedsiębiorcy chcą być politycznie poprawni, nie ujawniają swoich antypatii, cenią uprzejmość. Najczęściej są to ludzie, którzy widzieli cały świat. Polski obyczaj picia mocnych alkoholi traktują jak egzotykę, o której później chętnie opowiadają.

 

Niektórzy handlowcy radzą, by nawet niemieckojęzyczni polscy przedsiębiorcy rozmowy biznesowe prowadzili po angielsku - odbierają wówczas swoim partnerom przewagę językową. Tę sugestię trzeba jednak dobrze przemyśleć, bo znajomość niemieckiego bywa często doceniana. A propos języka, warto zauważyć, że niemiecki w Austrii brzmi zupełnie inaczej niż w Niemczech czy Szwajcarii. Austriacy, a zwłaszcza wiedeńczycy, są dumni z melodyjności swojego dialektu.

 

W kontaktach biznesowych Austriacy bardzo dużą wagę przywiązują do materiałów informacyjnych. Szanujący się polski przedsiębiorca powinien mieć zawsze komplet obcojęzycznych biuletynów, folderów itp.

 

Większość Austriaków prowadzi dość drobnomieszczański tryb życia, ekstrawagancje w zachowaniu czy w strojach nie są dobrze widziane. Kwitnie natomiast życie kawiarniane. Przy kawie po wiedeńsku i kawałku tortu Sachera omawia się na bieżąco wszystkie najważniejsze wydarzenia – i te duże, i te małe. Czekając na kompana czy przyjaciółkę zawsze można przejrzeć gazety lub – jak na przykład w kultowej wiedeńskiej „Hawełce” – pogawędzić z właścicielami.

 

Osobliwością austriacką pozostaje przywiązanie (przez niektórych nazywane obsesją) ogromnej wagi do tytułów. Tytuł „magister” (w skrócie: Mag.) przed nazwiskiem wcale nie oznacza, że mamy do czynienia z farmaceutą - Austriacy jak żaden inny naród są na tym punkcie bardzo czuli. Tytuły usłyszeć można nawet w głośnikach tramwajowych czy w metrze, gdy zapowiadane są kolejne ulice poświęcone licznym w tym kraju doktorom czy magistrom. Tytułomania sięga daleko. W księgarni nie wystarczy poprosić o sprzedawczynię, tam trzeba się zwrócić do „pani magister”...

 

Maria Graczyk

 

(Maj 2004 roku)

 

Więcej na stronie Wieden.tel (www.wieden.tel)

 




Komentarze

DODAJ KOMENTARZ

Reklama